Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Paweł II. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Paweł II. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Rok temu, o tej godzinie...

... stałam na Piazza Navona, nie wierząc, że to dzieje się na moich oczach. Wspomnienia wróciły. Co zmienił ten czas? Czy pamiętam? Czy staram się coś zmieniać w swoim życiu? Czy jestem konsekwentna? Pamiętam jak kilka tygodni temu wspominaliśmy 10 rocznicę śmierci Jana Pawła II. Tylko kilka stacji telewizyjnych było stać na to, aby wzbogacić ten dzień filmami i wydaniami specjalnymi. Czułam przygnębienie. 10 lat temu każda stacja mówiła o Papieżu. A wtedy? 
Ten dzień, 27 kwietnia 2014 roku bardzo wiele zmienił. I gdybym miała jeszcze raz wybierać- wybrałabym tak samo. Zmęczenie, niedospanie, tłok i ścisk niekiedy, czasem gonitwa by się nie zgubić... ale także wyciszenie, modlitwę, ogromne przeżycie duchowe. Kiedy jedno z drugim łączy się ze sobą poznajesz prawdę o sobie. Ja tego doświadczyłam bardzo mocno. Kiedy wychodziliśmy z autobusu- płakałam. A na drugi dzień dotarło do mnie na ile mnie stać, jako człowieka.

Przez najbliższy czas będzie tutaj dość cicho, ale wrócę z nowymi pokładami energii:)

wtorek, 3 czerwca 2014

Dziękujemy!

Był 28 kwietnia 2014 roku. Nigdy nie zapomnę tego momentu, kiedy weszliśmy na Plac Świętego Piotra, do tej pory widzianego jedynie na ekranie telewizora. Wszystko stało się takie bardzo bliskie, takie niesamowite, niewiarygodne. Pogoda była piękna. Świeciło słońce. Niebieskie, idealne niebo. Nie mogłam wymarzyć sobie lepszego obrazu. To było jedno z tych miejsc, o których mówiłam kiedyś: "Tam to na pewno nigdy nie będę". A w tamtym momencie... Wielkie niedowierzanie. Wszelkie inne emocje zostały stłumione, nawet małe rozczarowania dnia wcześniejszego. Nie ukrywam, że dopiero wtedy zdałam sobie sprawę jak wielka rzecz wydarzyła się na naszych oczach 27 kwietnia. Poczułam ten dar kanonizacji na samej sobie. Widziałam to ogromne przejęcie w oczach innych. Nawet nie chcę myśleć, jak wyglądały moje oczy.

O 10:00 rozpoczęła się Msza dziękczynna za kanonizację Jana Pawła II. Była to taka nasza, wszystkich Polaków, wyjątkowa chwila. Msza św. dla nas i z myślą o nas. Widać było, że ludzie bardzo przeżyli to wszystko. Ta piękna homilia, tyle ważnych słów, te płótna z wizerunkami świętych, które aż na nas patrzyły, uśmiechały się. Te wszystkie białe i czerwone kolory, tyle oklasków i naprawdę szczerych okrzyków: DZIĘKUJEMY!


Po zakończonej Mszy czekaliśmy zniecierpliwieni na całą naszą grupę. Mieliśmy udać się teraz w drugie i chyba najważniejsze dla nas miejsce. Kolejka do Bazyliki Świętego Piotra a jednocześnie do grobów świętych Papieży, wydłużała się. Suma summarum okazało się, że reszta naszej grupy jest już w połowie kolejki, a my nie wiemy co robić. Nie powiedzieli nic nikomu, a my czekaliśmy- naiwni. Na domiar wszystkiego wpuszczanie do kolejki zostało na jakąś godzinę wstrzymane. Na szczęście nie było nas zbyt wiele, więc przewodnik próbował ubłagać strażników przy bocznych bramkach, aby nas wpuścił. Każda próba kończyła się zdaniem: "To nie możliwe". Brał ich już totalnie na litość, ale byli nieugięci, zresztą doskonale ich rozumiem. Musieliśmy w takim wypadku coś "wykombinować". Przewodnik wpadł na pomysł, że rozdzielamy się po kilka osób, wyczuwamy sytuację, wychwytujemy moment nieuwagi strażników i przeskakujemy na drugą stronę. Oczywiście jeśli się na to zgadzamy. No i nie było żadnych sprzeciwów. Byliśmy w stanie zrobić wiele, aby wejść do Bazyliki i zrobić chociażby znak krzyża na sobie przy grobie Ojca Świętego. Niestety sytuacja zaczęła być napięta. Całe grupy zaczęły przeskakiwać, strażnicy coraz baczniej pilnowali, ogólnie- nieciekawie. Kilku osobom się udało. My jednak chodzimy, chodzimy i szanse znikome, że się uda. W każdym prześwicie widać granatowe umundurowanie. To był ten moment, kiedy miałam prawie łzy z oczach. Straciłam całkowicie nadzieję. Już nawet pogodziłam się z tym. Pomyślałam jedynie: "Janie Pawle, jeśli chcesz abym do ciebie przyszła, to niech się tak stanie". W dalszym ciągu chodzimy, szukamy... I wtedy- jest! Nie ma nikogo! Przeskakujemy. Nogi trzęsły mi się niesamowicie. Gdyby nas wtedy zauważył jakiś strażnik to już koniec. Zmarnowana szansa. To było kilka sekund. Już jesteśmy po drugiej stronie. Udało się. Czekaliśmy jeszcze chwilę, aż kolejne osoby zostaną przechwycone. No i takim oto sposobem nasz przewodnik przemycił nas do kolejki.

W Bazylice tempo kolejki przygniotło mnie. Nie było szans aby się zatrzymać, wszyscy poganiali, mówili aby przechodzić dalej. W głębi serca rozumiem to, ale z drugiej strony czułam wielki żal. Nie byłam nawet w stanie dobrze ujrzeć jeszcze świeżego napisu "sanctus" na grobie. Nie mam nawet jednego zdjęcia. Dopiero przy grobie Jana XXIII miałam 1 sekundę. Aż jedną. A później zupełna swoboda, zero poganiania, zero wszystkiego. Ja naprawdę rozumiem, że to był niezwykły czas i, że musiało tak być. Jednak w głębi serca czuję jakiś brakujący element. Może kiedyś uda mi się uklęknąć, pomodlić się tak jakbym tego chciała.


Mimo wszystko jestem bardzo szczęśliwa. Za to, że mogłam tam być, za te wszystkie doświadczenia, za taką łaskę i dar. To wielki bagaż doświadczeń i przeżyć, który noszę na plecach cały czas. Wiele się we mnie zmieniło od tej pielgrzymki. Zastanawiam się czasem, jaka byłaby dla mnie ta pielgrzymka bez tego 28 kwietnia. Wiem, że sporo osób, nawet kilkoro moich znajomych nie miało tej szansy co ja. I nawet w dzień kanonizacji nie weszli na Plac Św. Piotra. Widziałam w ich oczach rozczarowanie i taki niedosyt. Zresztą sami mówili o tym otwarcie, mimo wielkiej radości. Bo przede wszystkim radość, to właśnie ona nas łączyła w tych dniach. Nie ważne w jakim miejscu świata byliśmy. Za to jestem wdzięczna, za każdy dzień, moment, modlitwę, słowo, czyn...

środa, 28 maja 2014

Był 27 kwietnia 2014 roku...

Był 27 kwietnia 2014 roku. Godzina 00:30. Budzik oznajmił, że czas wstawać. Miałam za sobą zaledwie 3 godziny snu, więc pierwszą myślą po przebudzeniu było: "Jak ja wytrzymam to wszystko?".

W Rzymie byliśmy około godziny 3 w nocy. Czekała nas właśnie wyprawa metrem do centrum miasta. Podeszliśmy do schodów prowadzących w podziemia, a tu... mnóstwo ludzi. Byli wszędzie. Pomiędzy nimi wolontariusze w odblaskowych kamizelkach, rozdający pielgrzymom wodę. I powiewające biało czerwone flagi na tle czarnego nieba. Nie było widać nic więcej. Pomyślałam: "No to pewnie postoimy tu trochę. Jeśli już teraz dzieje się coś takiego, to co dopiero będzie na miejscu?! O ile w ogóle tam dotrzemy..." Wbrew pozorom tłum przechodził bardzo sprawnie. Co chwilę wpuszczanych było po kilka grup, tak więc ominął nas totalny chaos i ludzie pchających się na siłę do metra. Nadeszła i nasza kolej. Wszyscy trzymaliśmy się bardzo blisko siebie, aby nie zgubić się już na samym początku. Metro podjechało zupełnie puste. Weszliśmy. I wtedy... ktoś zaczął "Barkę". Nie było słychać nic innego oprócz ukochanej przez Papieża "Barki". Obok nas stały włoskie zakonnice, które zaczęły śpiewać razem z nami swoją "Barkę", po włosku. Całą drogę prześpiewaliśmy. To było tak radosne przeżycie, że miałam nawet łzy z oczach.


Była około 4 nad ranem. Po wyjściu z metra zaczęliśmy kierować się w stronę Placu Św. Piotra. Nasz przewodnik chciał abyśmy spróbowali wejść boczną uliczką, jednak każdy strażnik informował, że dopiero od godziny 5 pielgrzymi zostaną wpuszczeni na Plac. No więc pozostało nam jedynie czekać. Stanęliśmy w jednej z ulic tuż za mnóstwem innych grup. Można powiedzieć, że było w miarę spokojnie i "przyjaźnie". Jednak z każdym kwadransem było coraz gorzej. Podchodziła coraz większa rzesza ludzi. Wszyscy zaczęli tłoczyć się w jednym miejscu. Podchodziliśmy zaledwie krok lub dwa, a tak naprawdę to nie było podchodzenie, a nachodzenie na siebie. Był taki ścisk, że nie dałam już rady zrobić znaku Krzyża na sobie. Ludzie zaczęli mdleć. Zresztą ja sama czułam, że za godzinę to i ja polecę. Na szczęście w porę zdecydowaliśmy, że wycofujemy się. Jak się później okazało i tak nie mielibyśmy szans na wejście na Plac. Sporo grup, które jeszcze wcześniej przed nami wyszły z tłumu, mówiły, że na Plac Św. Piotra weszli ci, którzy koczowali od popołudnia dnia poprzedniego. Poza tym, w tej ulicy co staliśmy nie było nawet telebimu. No więc...:) Wiadomo, że każdy z nas w głębi duszy liczył na wejście, ale zdawaliśmy sobie sprawę, że raczej się to nie uda. Nikt nam tego nie gwarantował, więc najrozsądniejszym rozwiązaniem było zabranie się stamtąd jak najszybciej i pójście w inne miejsce. Finalnie wylądowaliśmy na Placu Navona, który o 6 nad ranem jeszcze świecił pustkami (z porównaniu z tamtą ulicą). Warunki były wręcz komfortowe. Rozłożyliśmy krzesełka, a inni nawet maty, na których chwilę odpoczęli. Miejsca było aż nadto. Z godziny na godzinę przychodziło coraz więcej osób. Około 10 plac był zapełniony po brzegi. No bo o godzinie 10 miał zacząć się najważniejszy moment. Ta wielka chwila, która wszystkich nas sprowadziła do tego miejsca. Plac Navona był miejscem jakby przygotowanych dla Polaków. Transmisja na telebimie była tłumaczona na język polski. No i Polaków na tym placu było najwięcej.


Kiedy Msza kanonizacyjna zakończyła się to nawet nie poczułam, że to "już", że to" już święty". Być może stało się tak ze względu na zmienioną liturgię, a także ze względu na zupełnie inne otoczenie i miejsce. Po powrocie wiele osób mówiło mi, że tak samo jak ja, bardziej przeżyli beatyfikację niż kanonizację. Także uszczuplona liturgia w tym przypadku wiele zabrała. Oczywiście to nie zmienia faktu, że człowiek zupełnie nie przeżywa tego wszystkiego. Sama myśl, że jest się tak blisko, że tyle się dzieje i zmienia... Najpiękniejszy moment, który zapamiętałam to ten kiedy po raz pierwszy pokazano na telebimie obraz świętych Papieży a na całym Placu rozległy się oklaski. I od wtedy za każdym razem kiedy na ekranie pojawiał się Jan Paweł II te oklaski znów powracały. To było bardzo głębokie.

Tyle przygotowań, tyle wszystkiego, i  jedna chwila, która wszystko zmienia. Wszyscy na nią czekali, to ona była punktem kulminacyjnym. A tu nagle już po wszystkim. Pozostała nam tylko wdzięczność, za te wszystkie momenty, za to, że "było tak jak było". I wdzięczność za ten przeogromny dar kanonizacji.

P.S. Relacja z drugiego dnia w Rzymie (już z Mszy dziękczynnej na Placu Św. Piotra) będzie w innym poście, aby nie przytłaczać. Oczywiście staram się jak mogę aby to wszystko wiernie odtworzyć, ale nie da się i nie ma szans się udać. Te przeżycia, to wszystko, zostaje jedynie w sercu.


Już zawsze ta melodia będzie kojarzyć mi się z tym dniem.

wtorek, 13 maja 2014

Szczególny znak

Jakiś czas temu ściągnęłam na telefon aplikację z cytatami Jana Pawła II. Jest to chyba nawet inicjatywa Centrum Jana Pawła II. Ale pewności nie mam:) Codziennie, o tej samej porze mogę przeczytać CYTAT DNIA oraz fragment, w którym ten cytat się znajduje. Ponadto aplikacja zawiera czytania na każdy dzień oraz "coś takiego" jak 26 DNI Z JP2.

Sami twórcy aplikacji opisali tę inicjatywę 26 dni w następujący sposób: "(...) otrzymasz możliwość wykonania 5 zadań (przyp. 5 zadań na każdy dzień), inspirowanych codziennymi obowiązkami Jana Pawła II. Będziesz mógł czytać teksty, które fascynowały Ojca Świętego. Zgłębisz wiedzę o Jego życiu i duchowości. Poznasz, co lubił robić i dowiesz się, jakie osoby miały na Niego wpływ. (...)". No i zaczęłam moje 26 dni z Ojcem Świętym. Oczywiście nie wszystkie zadania udaje mi się wykonać. Ale nie to jest istotne. Podjęcie tego wyzwania pokazało mi, że Internet daje ogromne możliwości poznania nauczania Jana Pawła II. Jedyne czego potrzeba to chęci poszukiwania. Takie to proste, a nie do końca potrafimy z tego skorzystać. Ponadto, niektóre zadania, wręcz banalne, dają impuls do tego, aby zacząć swoje życie przeżywać "inaczej". Aby wprowadzić w nie elementy, które sprawią, że dany dzień będzie inny, lepszy, bardziej radosny, głębszy... To co mnie zadziwiło, to chyba to, że te małe, codzienne wyzwania cały czas pamiętam i próbuję kolejnego dnia znów je wykorzystywać.

Jedno z takich zadań brzmiało: "Codziennie o 7:30 Ojciec Święty sprawował Mszę św. Wybierz dodatkowy dzień, poza niedzielą i weź udział we Mszy Św." Pomyślałam wtedy, że najlepszym dniem byłby wtorek rano, jeszcze przed zajęciami. Inne dni odpadały, bo zawsze "coś". Chodziło o dzisiejszy wtorek. I dopiero wczoraj zdałam sobie sprawę, że to wtorek 13 maja. Fatima... -pomyślałam. A druga myśl: dzień zamachu na Ojca Świętego. Biorę to jako szczególny znak. Niby nieświadomy, ale tak jakby zaplanowany. No i byłam dzisiaj. O nic w tej Mszy Św. nie prosiłam. Chciałam tylko podziękować. Nic więcej. Nawet nie wiedziałam, że dzień rozpoczęty Mszą Św. może być taki dobry.



Myślę, że ta aplikacja to dobra rzecz dla kogoś, kto tak jak ja, potrzebuje impulsów. I nie chodzi tylko o 26 dni z JP2, ale o całokształt. O te wszystkie cytaty i fragmenty, do których czasem tak ciężko sięgnąć w książce czy nawet w Internecie.

***

Nie lubię tego uczucia, kiedy wiem, że muszę coś zrobić, a wcale nie mam na to ochoty. Staram się nie panikować, ale co robić kiedy każda moja próba sięgnięcia do notatek kończy się fiaskiem?

P.S. Obiecane kilka słów z pielgrzymki na kanonizację na pewno będzie.

sobota, 10 maja 2014

Święty Jan Paweł II!

Mamy nowego świętego! Jana Pawła II!


Niestety wcześniej nie mogłam podzielić się z Wami tą radosną nowiną, ponieważ zawsze "COŚ". Z Rzymu wróciłam 1 maja. Cała, zdrowa, zadowolona i uduchowiona w 100% Wciąż żyję kanonizacją i tym pięknym, cudownym czasem, który niestety musiał dobiec końca. Nie dam rady opisać tego wszystkiego co przeżyłam, bo pewne rzeczy zostają tylko w sercu. Mimo to postaram się w najbliższym czasie podzielić się wrażeniami i wspomnieniami. Na tyle, ile to będzie możliwe:) Nawet nie wiecie jak ciężko jest przestawić się na "normalny dzień":)

środa, 23 kwietnia 2014

Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu

Wszystko prawie spakowane. Przygotowane jest także serce, ciało i duch.

Pamiętam Jana Pawła II jedynie w kilku obrazach z dzieciństwa, a teraz tak wielkie wydarzenie będzie działo się wprost na moich oczach. Kanonizacja. Ogromny dar dla całego świata. Modlę się aby ta pielgrzymka była dobrym czasem i abyśmy szczęśliwie dojechali oraz wrócili. Będę o Was myśleć z każdego zakątka ziemi, a szczególnie tam, na Placu św. Piotra.

P.S. Nie wierzę, że jadę.

czwartek, 9 stycznia 2014

Pięć

Gdybym miała wypunktować wszystko to, co wydarzyło się podczas mojego, ostatniego pobytu w domu, skończyłoby się na pozycji numer 5. Bo właśnie tyle było tych istotnych spraw, którymi chciałabym się z Wami podzielić.

A zaczęło się od tego, że przyznano mi stypendium za dobre wyniki w nauce i osiągnięcia, co nie ukrywam bardzo mnie ucieszyło i zmobilizowało. Szczerze, to nie myślałam, że mam jakiekolwiek szanse na to stypendium, a tu taka niespodzianka:)

Upłynęły może dwa, trzy dni kiedy zadzwonił telefon z informacją, że powiększyła się nam rodzina:) Mój nowy, malutki kuzyn kazał nam na siebie trochę czekać, ale na szczęście wszystko dobrze się skończyło.

Niestety moja radość zbladła, kiedy zaczęły się moje problemy ze zdrowiem. Historia jest dość długa, ale w kilku zdaniach wygląda to tak, że czeka mnie wizyta u chirurga szczękowego. Jeśli z moim stawem żuchwowym będzie wszystko dobrze, oznacza to, że przyczyną mojego cierpienia była upierdliwa ósemka (Ząb mądrości?! Kto to wymyślił?), która jak na złość wcale się nie pokazała, lecz rośnie sobie poziomo:/ Wtedy będę musiała udać się do chirurga stomatologa i pozbyć się "tego czegoś". Nie wiem, która wersja jest lepsza, ale wolałabym chyba tę drugą, bo i tak przecież muszę się tej ósemki pozbyć? Bynajmniej tak mi się wydaje.

Byłam tak zdołowana tymi zębami, stawami i innymi rzeczami, że chyba rodzice specjalnie postanowili zabrać się za remont mojego pokoju. Wybieranie mebli, nowego koloru ścian i dodatków nieco odciągnęło mnie od myślenia o moich stomatologiczno-szczękowych problemach. Z ręką na sercu powiem Wam, że nie lubię drastycznych zmian. Tak bardzo przyzwyczaiłam się do tego mojego, starego pokoju i tych wszystkich przedmiotów, które w nim były, że jakoś z żalem i sentymentem spojrzałam na niego po raz ostatni w takim stanie w jakim był. Dopiero kiedy przyjadę do domu kolejnym razem, zobaczę jak to wszystko wyszło. No cóż, podobno zmiany warunkują coś lepszego:)

A na sam koniec zostawiłam dla Was wiadomość, która cieszy mnie bardzo, bardzo, bardzo:) Jak wiecie, 27 kwietnia tego roku w Rzymie odbędzie się kanonizacja papieży Jana Pawła II i Jana XXIII. Będzie to ważna i głęboka duchowo uroczystość, która ponadto nigdy więcej się nie powtórzy, dlatego postanowiliśmy z moimi rodzicami, że musimy jechać i nie może być inaczej. Oficjalnie wszystko mamy załatwione, ponieważ jest to zorganizowana, kilkudniowa pielgrzymka obejmująca nie tylko udział we Mszy kanonizacyjnej, ale także zwiedzanie ważnych świętych miejsc czy miejsc związanych z działalnością samych świętych. Mam nadzieję, że jeśli nic nie pokrzyżuje nam planów i wszystko będzie dobrze, staniemy się świadkami ważnej chwili w dziejach świata i Kościoła.

Modlitwa o wyproszenie łask za wstawiennictwem bł. Jana Pawła II

"Błogosławiony Janie Pawle II, za Twoim pośrednictwem proszę o łaski dla mnie (i moich bliskich). Wierzę w moc mej Modlitwy i w Twoją zbawienną pomoc. Wyproś mi u Boga Wszechmogącego łaski, o które się modlę… (należy wymienić prośby). Uproś mi dar umocnienia mej wiary, nadziei i miłości.

Pan Jezus obiecał, że o cokolwiek w Jego imię poprosimy, to otrzymamy. Dlatego i ja, Panie, pełen ufności, proszę Cię o potrzebne mi łaski, za wstawiennictwem błogosławionego Jana Pawła II. Wysłuchaj mnie, Panie. Amen."