Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wdzięczność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wdzięczność. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 maja 2015

Rzeczy ważne i mniej ważne

Na początku chciałabym Wam wszystkim podziękować za nić porozumienia, za modlitwę, dobre słowa i wsparcie:) Gdy człowiek dowiaduje się o chorobie bliskiej osoby, próbuje uporządkować myśli, oswoić się z nową sytuacją i zmierzyć z nieciekawymi statystykami. Ja też musiałam przez to przebrnąć. Staram się ufać Panu Bogu. Nie obwiniać ani oskarżać, ale ufać. Jeszcze raz dziękuję.

Spędziliśmy z M. naprawdę cudowny weekend. Intensywny, ale cudowny. Potrzebowałam jego pozytywnej energii, męskiej siły a jednocześnie spokoju. Wspomniał, że być może wybierzemy się gdzieś na kilka dni we wrześniu. Nie wiem dokładnie kiedy. Nawet nie wiem gdzie i prawdopodobnie nie dowiem się dopóki nie będziemy na miejscu:) Byłoby wspaniale zostać zaskoczoną i spędzić te kilka dni tylko we dwoje, w jakimś pięknym miejscu. Zobaczymy jak to będzie:)

P.S. Nie zapomnijcie o swoich mamach, bez względu na to gdzie są:) A poniżej młody i utalentowany Michał Rassek:)

czwartek, 16 kwietnia 2015

22

22 lata temu był piątek. Kiedyś przeczytałam, że piątek to największy dzień miłości. Z każdym rokiem ta prawda dociera do mnie jeszcze bardziej i głębiej. Niesamowite rzeczy wydarzyły się przez te 22 lata. Aż na usta ciśnie się: Dziękuję!

poniedziałek, 2 lutego 2015

Z dziennika informatyka

Podesłałam wczoraj mojemu M. adres do strony internetowej lokalu, w którym odbędzie się wesele mojej kuzynki w 2016 roku, a na które z pewnością będziemy zaproszeni:D Wiadomo, tyle lat w piaskownicy:D Tak, tak, to ta sama kuzynka, z którą ukrywałyśmy słodycze w zbożu:D

Tak więc podesłałam adres...
ja: "No i jak Ci się podoba?"
M: "Matko! Kto robił tę stronę internetową?!:O"

Chyba mu się sala nie spodobała:D

P.S. Jeszcze tylko 2 egzaminy! Dziękuję za dzisiejszy dzień:*

wtorek, 3 czerwca 2014

Dziękujemy!

Był 28 kwietnia 2014 roku. Nigdy nie zapomnę tego momentu, kiedy weszliśmy na Plac Świętego Piotra, do tej pory widzianego jedynie na ekranie telewizora. Wszystko stało się takie bardzo bliskie, takie niesamowite, niewiarygodne. Pogoda była piękna. Świeciło słońce. Niebieskie, idealne niebo. Nie mogłam wymarzyć sobie lepszego obrazu. To było jedno z tych miejsc, o których mówiłam kiedyś: "Tam to na pewno nigdy nie będę". A w tamtym momencie... Wielkie niedowierzanie. Wszelkie inne emocje zostały stłumione, nawet małe rozczarowania dnia wcześniejszego. Nie ukrywam, że dopiero wtedy zdałam sobie sprawę jak wielka rzecz wydarzyła się na naszych oczach 27 kwietnia. Poczułam ten dar kanonizacji na samej sobie. Widziałam to ogromne przejęcie w oczach innych. Nawet nie chcę myśleć, jak wyglądały moje oczy.

O 10:00 rozpoczęła się Msza dziękczynna za kanonizację Jana Pawła II. Była to taka nasza, wszystkich Polaków, wyjątkowa chwila. Msza św. dla nas i z myślą o nas. Widać było, że ludzie bardzo przeżyli to wszystko. Ta piękna homilia, tyle ważnych słów, te płótna z wizerunkami świętych, które aż na nas patrzyły, uśmiechały się. Te wszystkie białe i czerwone kolory, tyle oklasków i naprawdę szczerych okrzyków: DZIĘKUJEMY!


Po zakończonej Mszy czekaliśmy zniecierpliwieni na całą naszą grupę. Mieliśmy udać się teraz w drugie i chyba najważniejsze dla nas miejsce. Kolejka do Bazyliki Świętego Piotra a jednocześnie do grobów świętych Papieży, wydłużała się. Suma summarum okazało się, że reszta naszej grupy jest już w połowie kolejki, a my nie wiemy co robić. Nie powiedzieli nic nikomu, a my czekaliśmy- naiwni. Na domiar wszystkiego wpuszczanie do kolejki zostało na jakąś godzinę wstrzymane. Na szczęście nie było nas zbyt wiele, więc przewodnik próbował ubłagać strażników przy bocznych bramkach, aby nas wpuścił. Każda próba kończyła się zdaniem: "To nie możliwe". Brał ich już totalnie na litość, ale byli nieugięci, zresztą doskonale ich rozumiem. Musieliśmy w takim wypadku coś "wykombinować". Przewodnik wpadł na pomysł, że rozdzielamy się po kilka osób, wyczuwamy sytuację, wychwytujemy moment nieuwagi strażników i przeskakujemy na drugą stronę. Oczywiście jeśli się na to zgadzamy. No i nie było żadnych sprzeciwów. Byliśmy w stanie zrobić wiele, aby wejść do Bazyliki i zrobić chociażby znak krzyża na sobie przy grobie Ojca Świętego. Niestety sytuacja zaczęła być napięta. Całe grupy zaczęły przeskakiwać, strażnicy coraz baczniej pilnowali, ogólnie- nieciekawie. Kilku osobom się udało. My jednak chodzimy, chodzimy i szanse znikome, że się uda. W każdym prześwicie widać granatowe umundurowanie. To był ten moment, kiedy miałam prawie łzy z oczach. Straciłam całkowicie nadzieję. Już nawet pogodziłam się z tym. Pomyślałam jedynie: "Janie Pawle, jeśli chcesz abym do ciebie przyszła, to niech się tak stanie". W dalszym ciągu chodzimy, szukamy... I wtedy- jest! Nie ma nikogo! Przeskakujemy. Nogi trzęsły mi się niesamowicie. Gdyby nas wtedy zauważył jakiś strażnik to już koniec. Zmarnowana szansa. To było kilka sekund. Już jesteśmy po drugiej stronie. Udało się. Czekaliśmy jeszcze chwilę, aż kolejne osoby zostaną przechwycone. No i takim oto sposobem nasz przewodnik przemycił nas do kolejki.

W Bazylice tempo kolejki przygniotło mnie. Nie było szans aby się zatrzymać, wszyscy poganiali, mówili aby przechodzić dalej. W głębi serca rozumiem to, ale z drugiej strony czułam wielki żal. Nie byłam nawet w stanie dobrze ujrzeć jeszcze świeżego napisu "sanctus" na grobie. Nie mam nawet jednego zdjęcia. Dopiero przy grobie Jana XXIII miałam 1 sekundę. Aż jedną. A później zupełna swoboda, zero poganiania, zero wszystkiego. Ja naprawdę rozumiem, że to był niezwykły czas i, że musiało tak być. Jednak w głębi serca czuję jakiś brakujący element. Może kiedyś uda mi się uklęknąć, pomodlić się tak jakbym tego chciała.


Mimo wszystko jestem bardzo szczęśliwa. Za to, że mogłam tam być, za te wszystkie doświadczenia, za taką łaskę i dar. To wielki bagaż doświadczeń i przeżyć, który noszę na plecach cały czas. Wiele się we mnie zmieniło od tej pielgrzymki. Zastanawiam się czasem, jaka byłaby dla mnie ta pielgrzymka bez tego 28 kwietnia. Wiem, że sporo osób, nawet kilkoro moich znajomych nie miało tej szansy co ja. I nawet w dzień kanonizacji nie weszli na Plac Św. Piotra. Widziałam w ich oczach rozczarowanie i taki niedosyt. Zresztą sami mówili o tym otwarcie, mimo wielkiej radości. Bo przede wszystkim radość, to właśnie ona nas łączyła w tych dniach. Nie ważne w jakim miejscu świata byliśmy. Za to jestem wdzięczna, za każdy dzień, moment, modlitwę, słowo, czyn...

środa, 28 maja 2014

Był 27 kwietnia 2014 roku...

Był 27 kwietnia 2014 roku. Godzina 00:30. Budzik oznajmił, że czas wstawać. Miałam za sobą zaledwie 3 godziny snu, więc pierwszą myślą po przebudzeniu było: "Jak ja wytrzymam to wszystko?".

W Rzymie byliśmy około godziny 3 w nocy. Czekała nas właśnie wyprawa metrem do centrum miasta. Podeszliśmy do schodów prowadzących w podziemia, a tu... mnóstwo ludzi. Byli wszędzie. Pomiędzy nimi wolontariusze w odblaskowych kamizelkach, rozdający pielgrzymom wodę. I powiewające biało czerwone flagi na tle czarnego nieba. Nie było widać nic więcej. Pomyślałam: "No to pewnie postoimy tu trochę. Jeśli już teraz dzieje się coś takiego, to co dopiero będzie na miejscu?! O ile w ogóle tam dotrzemy..." Wbrew pozorom tłum przechodził bardzo sprawnie. Co chwilę wpuszczanych było po kilka grup, tak więc ominął nas totalny chaos i ludzie pchających się na siłę do metra. Nadeszła i nasza kolej. Wszyscy trzymaliśmy się bardzo blisko siebie, aby nie zgubić się już na samym początku. Metro podjechało zupełnie puste. Weszliśmy. I wtedy... ktoś zaczął "Barkę". Nie było słychać nic innego oprócz ukochanej przez Papieża "Barki". Obok nas stały włoskie zakonnice, które zaczęły śpiewać razem z nami swoją "Barkę", po włosku. Całą drogę prześpiewaliśmy. To było tak radosne przeżycie, że miałam nawet łzy z oczach.


Była około 4 nad ranem. Po wyjściu z metra zaczęliśmy kierować się w stronę Placu Św. Piotra. Nasz przewodnik chciał abyśmy spróbowali wejść boczną uliczką, jednak każdy strażnik informował, że dopiero od godziny 5 pielgrzymi zostaną wpuszczeni na Plac. No więc pozostało nam jedynie czekać. Stanęliśmy w jednej z ulic tuż za mnóstwem innych grup. Można powiedzieć, że było w miarę spokojnie i "przyjaźnie". Jednak z każdym kwadransem było coraz gorzej. Podchodziła coraz większa rzesza ludzi. Wszyscy zaczęli tłoczyć się w jednym miejscu. Podchodziliśmy zaledwie krok lub dwa, a tak naprawdę to nie było podchodzenie, a nachodzenie na siebie. Był taki ścisk, że nie dałam już rady zrobić znaku Krzyża na sobie. Ludzie zaczęli mdleć. Zresztą ja sama czułam, że za godzinę to i ja polecę. Na szczęście w porę zdecydowaliśmy, że wycofujemy się. Jak się później okazało i tak nie mielibyśmy szans na wejście na Plac. Sporo grup, które jeszcze wcześniej przed nami wyszły z tłumu, mówiły, że na Plac Św. Piotra weszli ci, którzy koczowali od popołudnia dnia poprzedniego. Poza tym, w tej ulicy co staliśmy nie było nawet telebimu. No więc...:) Wiadomo, że każdy z nas w głębi duszy liczył na wejście, ale zdawaliśmy sobie sprawę, że raczej się to nie uda. Nikt nam tego nie gwarantował, więc najrozsądniejszym rozwiązaniem było zabranie się stamtąd jak najszybciej i pójście w inne miejsce. Finalnie wylądowaliśmy na Placu Navona, który o 6 nad ranem jeszcze świecił pustkami (z porównaniu z tamtą ulicą). Warunki były wręcz komfortowe. Rozłożyliśmy krzesełka, a inni nawet maty, na których chwilę odpoczęli. Miejsca było aż nadto. Z godziny na godzinę przychodziło coraz więcej osób. Około 10 plac był zapełniony po brzegi. No bo o godzinie 10 miał zacząć się najważniejszy moment. Ta wielka chwila, która wszystkich nas sprowadziła do tego miejsca. Plac Navona był miejscem jakby przygotowanych dla Polaków. Transmisja na telebimie była tłumaczona na język polski. No i Polaków na tym placu było najwięcej.


Kiedy Msza kanonizacyjna zakończyła się to nawet nie poczułam, że to "już", że to" już święty". Być może stało się tak ze względu na zmienioną liturgię, a także ze względu na zupełnie inne otoczenie i miejsce. Po powrocie wiele osób mówiło mi, że tak samo jak ja, bardziej przeżyli beatyfikację niż kanonizację. Także uszczuplona liturgia w tym przypadku wiele zabrała. Oczywiście to nie zmienia faktu, że człowiek zupełnie nie przeżywa tego wszystkiego. Sama myśl, że jest się tak blisko, że tyle się dzieje i zmienia... Najpiękniejszy moment, który zapamiętałam to ten kiedy po raz pierwszy pokazano na telebimie obraz świętych Papieży a na całym Placu rozległy się oklaski. I od wtedy za każdym razem kiedy na ekranie pojawiał się Jan Paweł II te oklaski znów powracały. To było bardzo głębokie.

Tyle przygotowań, tyle wszystkiego, i  jedna chwila, która wszystko zmienia. Wszyscy na nią czekali, to ona była punktem kulminacyjnym. A tu nagle już po wszystkim. Pozostała nam tylko wdzięczność, za te wszystkie momenty, za to, że "było tak jak było". I wdzięczność za ten przeogromny dar kanonizacji.

P.S. Relacja z drugiego dnia w Rzymie (już z Mszy dziękczynnej na Placu Św. Piotra) będzie w innym poście, aby nie przytłaczać. Oczywiście staram się jak mogę aby to wszystko wiernie odtworzyć, ale nie da się i nie ma szans się udać. Te przeżycia, to wszystko, zostaje jedynie w sercu.


Już zawsze ta melodia będzie kojarzyć mi się z tym dniem.

poniedziałek, 26 maja 2014

Mama

Jest dla mnie tak ważna... Im jestem starsza, tym bardziej jest mi bliska. Tyle jej zawdzięczam. I jedyne czego bym dla niej chciała, to poczucia, że jest potrzebna i wyjątkowa. Moja mama.


Ostatnie kilka dni spędziłam w domu. Pogoda wakacyjna, spokój i cisza wokoło... a potem perspektywa egzaminów i zaliczeń. To strasznie trudne to przejścia. Wydaje ci się, że nie musisz robić nic, a w rzeczywistości zastanawiasz się jak to wszystko przetrwać. Jeszcze tylko miesiąc.

P.S. Relacja z kanonizacji jest w trakcie produkcji:) Cały czas obiecuję, czas mija, a notki jak nie było, tak nie ma. Jednak wszystko wskazuje na to, że w tym tygodniu zostanie opublikowana:) Oby tak się stało, bo inaczej zwariuję.

sobota, 10 maja 2014

Święty Jan Paweł II!

Mamy nowego świętego! Jana Pawła II!


Niestety wcześniej nie mogłam podzielić się z Wami tą radosną nowiną, ponieważ zawsze "COŚ". Z Rzymu wróciłam 1 maja. Cała, zdrowa, zadowolona i uduchowiona w 100% Wciąż żyję kanonizacją i tym pięknym, cudownym czasem, który niestety musiał dobiec końca. Nie dam rady opisać tego wszystkiego co przeżyłam, bo pewne rzeczy zostają tylko w sercu. Mimo to postaram się w najbliższym czasie podzielić się wrażeniami i wspomnieniami. Na tyle, ile to będzie możliwe:) Nawet nie wiecie jak ciężko jest przestawić się na "normalny dzień":)

czwartek, 13 marca 2014

Dziękuję

Miałam napisaną całą notkę. Skasowałam. Pomyślałam: "Za dużo. Wystarczy tak niewiele". I niewiele mam zamiar dziś napisać. Bo chciałabym tylko podziękować, że mogłam uczestniczyć w rekolekcjach wielkopostnych prowadzonych przez ojca Szustaka. Żywię jakąś taką niewyobrażalną nadzieję, że takich "ojców Szustaków" będzie wśród nas więcej, że dzięki takim duszpasterzom Biblia będzie nam bliższa niż kiedykolwiek dotąd. Dziękuję.

P.S. Wiem, że wśród Was są osoby, które konferencje ojca Szustaka miały okazję "pochłonąć":) Ja wysłuchałam jedynie kilka nie wliczając internetowych rekolekcji. Teraz mam zamiar zgłębić się bardziej w całe cykle konferencji. Dlatego chciałabym abyście podzielili się swoimi wrażeniami i dali znać, jak i gdzie słuchaliście. Mile widziane Wasze WSZYSTKIE wspomnienia związane z głoszeniem Słowa Bożego przez ojca.

wtorek, 21 stycznia 2014

To ich dzień

Mam ogromne szczęście. Dwie babcie, dwóch dziadków. W prawdzie łączą nas różne relacje, ale to nieistotne. Są obecni i za to dziękuję Bogu.

poniedziałek, 18 listopada 2013

Podsumowanie

Można powiedzieć, że pisanie mojego poprzedniego bloga przerosło mnie. Miałam na niego pomysł, ale niestety nie udało mi się go zrealizować. Miałam pomysł i to właśnie on sam mnie ograniczał, bo z czasem zapragnęłam pisania ot tak, zwyczajnie, bez szablonów. Chciałam mieć poczucie, że mój blog jest moim wirtualnym małym światem, do którego będę mogła zawsze powracać, a inni ludzie wysłuchają i po prostu będą. Mimo osobistej porażki, jestem szczęśliwa. W ciągu ostatnich kilku miesięcy poznałam wiele wspaniałych osób i ich życie spisane na kartach swoich blogów. Chciałabym podziękować za Wasze świadectwa, bo dzięki nim nie tracę nadziei w dobrych ludzi:)