Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nadzieja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nadzieja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 października 2015

Zwycięzca śmierci

Dokładnie dzisiejszej nocy minął tydzień od śmierci dziadka. Nowotwór był nieustępliwy i dużo silniejszy. Dopiero teraz jestem w stanie o tym mówić. Myślałam, że jestem twarda, jednak na pogrzebie zupełnie się posypałam. Kontakt z moim dziadkiem był bardzo zdystansowany. Nie mieliśmy wspólnych tematów. Widywaliśmy się bardzo często, ale zawsze brakowało mi bezpośredniej relacji. Czuję ogromny żal i jednocześnie spokój. Bo śmierć człowieka to zawsze myśl o nadziei. Uwolnienie od cierpienia i choroby. Bo od kiedy Jezus zwyciężył śmierć, wszystko się zmieniło.

Dzisiaj o. Adam Szustak głosi rekolekcje w moim studenckim mieście. Rekolekcje na dobry początek roku akademickiego pod tytułem "Ucho i wielbłąd". Oby tego dobra było jak najwięcej. Nie tylko przez te kilka dni rekolekcji, ale przez cały rok. Brakuje mi wytrwałości. Wiele rzeczy bardzo uwiera. Momentami dopada zniechęcenie. A to będzie bardzo wymagający czas. Bardzo trudny. Pewnie kiedyś przyjdzie kryzys i powiem, że mam dość. Wiem, że to wszystko się wydarzy. Jednak chciałabym dostrzec w tym wszystkim sens i nabrać mnóstwo siły, aby przezwyciężyć te wszystkie trudności.


W oczekiwaniu na Światowe Dni Młodzieży... Tym razem po włosku.

niedziela, 13 września 2015

Do góry nogami

Tyle wydarzyło się w ostatnim czasie, że sama nie wiem od czego zacząć... Z jednej strony tyle radości, a z drugiej tyle samo przygnębienia i rozczarowań... 

M. wrócił z Niemiec nieco wcześniej niż zostało zaplanowane. Cieszyłam się niesamowicie na ten wspólny czas razem. Miało być tak cudownie. Cały miesiąc razem. Wspólny wyjazd. I... nagle czar prysł. Nie chcę opisywać szczegółów, bo to dość skomplikowane, ale właśnie w tej chwili M. jest w drodze do Niemiec. Spędzi tam jeszcze 2 tygodnie. To był czas niesamowicie trudnych rozmów i decyzji. Koniec końców, jeszcze te 2 tygodnie musimy dzielnie przetrwać.

Za 2 dni mam egzamin wstępny na studia. Postanowiłam, że spróbuję. Nawet nie wiem czy się dostanę, nie wspominając już o studiowaniu równolegle dwóch magisterek. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Chcę próbować, póki mam taką możliwość. Niektórzy w ogóle nie widzą w tym sensu, a niektórzy wręcz przeciwnie- zachęcają abym ryzykowała. Niczego nie jestem pewna i boję się porażki. Tylko co mi pozostało? Tylko próbować.

A najlepsze wydarzyło się wczoraj. Justyna jest moją bardzo dobrą koleżanką od liceum. Mieszkałyśmy razem przez 3 lata. Teraz studiujemy w tym samym mieście, więc widujemy się od czasu do czasu. Justyna nigdy nie miała szczęścia w miłości. Fakt, nie narzekała na brak zainteresowania, ale trafiała na kompletnie nieodpowiedzialnych chłopaków. Dopiero niedawno. Poznała naprawdę sympatycznego faceta. Są razem dopiero 7 miesięcy. A wczoraj dostałam wiadomość, że właśnie się zaręczyli. Byłam zupełnie zdezorientowana:) Zresztą podejrzewam, że Justyna też;) Po chwilach euforii, radości, szoku i niedowierzania... zrobiło mi się niesamowicie smutno. Fakt, ich sytuacja jest inna, bo jej narzeczony już od dawna pracuje... Ale mimo wszystko, poczułam takie ukłucie zazdrości. To ona zawsze wypytywała o nasze plany, zaręczyny i ślub. A teraz wszystko wywróciło się do góry nogami.

Tymczasem zakochałam się w hiszpańskojęzycznej wersji "Błogosławieni miłosierni". Już niecały rok:)

środa, 1 października 2014

Kolejny raz

W kalendarzu trudno pominąć pierwszy dzień października. Po raz kolejny nadarza się okazja aby zacząć wszystko od początku. I grzechem byłoby przepuścić taką szansę. I nawet jeśli nie zawsze wszystko nam wychodzi, może warto chociażby spróbować? Jestem pełna nadziei na ten nowy rok akademicki. Choć wiem, że to będzie trudny i wymagający rok. Rok pod znakiem upragnionego licencjatu. Tylko ile pracy i wysiłku trzeba będzie wnieść aby ta praca powstała... Na samą myśl mam w głowie pustkę. Ponadto będzie to dla mnie rok podjęcia wielu decyzji. Od kilku miesięcy poważnie myślę nad zmianą uczelni, a niekiedy kierunku. Ale przyznaję się bez bicia, że obawa przed nieznanym mocno mnie ogranicza, wręcz paraliżuje. Z jednej strony chciałabym spróbować, ale z drugiej strony... znam moją uczelnię, wiem co i jak. A co jeśli zmiana okaże się porażką, której nie będę mogła udźwignąć? A co jeśli zupełnie nie sprostam? Dylemat goni dylemat... Dlatego to będzie bardzo trudny czas. I w związku z tym proszę o modlitwę. O dobre decyzje, o owocny czas, o siłę i wytrwałość...

P.S. Przyjmę wszelkie rady:)

niedziela, 28 września 2014

Beztytułowiec

Od rana tylko chodzę i co chwilę popłakuję, a to wszystko dlatego, że nienawidzę rozstań. I każde przeżywam jakby miało być ostatnim. Zupełnie mnie to rozbija i jakoś słabo sobie radzę z tym wszystkim. Jak on to wytrzymuje? Nie mam pojęcia, ale dzielny jest.

P.S. Poniekąd obiecałam Wam kilka słów na temat filmu, ale to chyba nie tym razem...

wtorek, 15 lipca 2014

Mogę wszystko

M. ewidentnie wybił mi z głowy marudzenie i zamartwianie się. No w końcu po tylu próbach musiało mu się udać. Tyle wytrwaliśmy, to i tę próbę przejdziemy. Zresztą jest Ktoś, kto nie pozwoli nam zwątpić, poddać się i przestać walczyć o miłość. Mimo wszystko, bo przecież "Miłość wszystko przetrzyma". A ja wierzę w tę miłość, tę która może wszystko.


Mój ukochany. Stara się, widzę to i doceniam. Może nawet niedoskonale, ale doceniam. Wiele się zmienia w naszej relacji. I to nie tylko ze względu na wyjazd. Widzę różnicę w nas samych. Porównuję jak wyglądały nasze randki jeszcze rok temu, a jak teraz. Obserwuję jak się zachowuje, co mówi, podpatruję jego gesty. Nasz związek ewoluował razem z nami. Te kilka tygodni, które minęły były cudownym czasem. M. musiał się mocno postarać, aby tak się stało. Naprawdę, nigdy nie widziałam go tak zaangażowanego w nasze randki:) I czuję, że znów coś kombinuje na następny weekend. Nie mam wątpliwości, że znów będzie cudownie i że wymyśli coś niepowtarzalnego. Coraz bardziej mnie zaskakuje. I chyba dopiero teraz zdaję sobie z tego sprawę. Jak dobrze, że jest...

niedziela, 13 lipca 2014

Trudno tak

Pewne jest, że aż cały miesiąc spędzimy osobno. Nie wyobrażałam sobie tak beznadziejnego scenariusza, naprawdę. Ale skoro tak musi być...


M. oczywiście robi wszystko abym przestała się zamartwiać i zaczęła cieszyć tym co jest. Wiem, że ma rację. Jest w tym wszystkich chyba bardziej dojrzały niż ja. I chwała Bogu za to. W gruncie rzeczy to on powinien być rozczarowany, bo to przecież ja spaprałam sprawę i nasze plany na wakacje. A tak naprawdę to nie ja, ale daję sobie spokój, nie chcę nikogo obwiniać. Musimy dobrze wykorzystać ten czas, który nam pozostał. Musimy. Już nawet zaczęliśmy.

środa, 2 lipca 2014

Rozczarowanie

Tak bardzo cieszyłam się na te wakacje, tyle miałam planów, każdy dzień był od miesięcy wyczekiwany... A teraz okazuje się to wszystko jednym, wielkim nieporozumieniem. Mieliśmy mieć z M. dla siebie prawie 3 miesiące, a okazuje się, że zostanie nam jedynie 2. Jeden miesiąc wyjęty z życia. Dla innych to nic. Dla nas to AŻ miesiąc. W ciągu roku akademickiego widzimy się nieczęsto. Jesteśmy w dwóch różnych miastach zajęci studiami, więc wakacje to dla nas coś naprawdę cennego. Nie potrafię zrozumieć dlaczego oni mi to robią. W głębi duszy łudzę się, że nigdzie nie wyjadę, ale rozum sprowadza mnie na ziemię. Niestety.

czwartek, 13 marca 2014

Dziękuję

Miałam napisaną całą notkę. Skasowałam. Pomyślałam: "Za dużo. Wystarczy tak niewiele". I niewiele mam zamiar dziś napisać. Bo chciałabym tylko podziękować, że mogłam uczestniczyć w rekolekcjach wielkopostnych prowadzonych przez ojca Szustaka. Żywię jakąś taką niewyobrażalną nadzieję, że takich "ojców Szustaków" będzie wśród nas więcej, że dzięki takim duszpasterzom Biblia będzie nam bliższa niż kiedykolwiek dotąd. Dziękuję.

P.S. Wiem, że wśród Was są osoby, które konferencje ojca Szustaka miały okazję "pochłonąć":) Ja wysłuchałam jedynie kilka nie wliczając internetowych rekolekcji. Teraz mam zamiar zgłębić się bardziej w całe cykle konferencji. Dlatego chciałabym abyście podzielili się swoimi wrażeniami i dali znać, jak i gdzie słuchaliście. Mile widziane Wasze WSZYSTKIE wspomnienia związane z głoszeniem Słowa Bożego przez ojca.

czwartek, 6 marca 2014

Jakaś taka

Dziwny czas. Pogoda jakaś taka nijaka. Gdzie jest wiosna?

Mnie natomiast pochłonęła książka Mileny Kindziuk "Matka Świętego", o której Wam kiedyś pisałam. Jak skończę, to podzielę się wrażeniami i przeżyciami. Tak naprawdę pochłonęła mnie książka, która w gruncie rzeczy nie powinna. Zamiast czytać na zajęcia, to ja... Ale zawsze tak jest, że czytamy to, co nie musimy:)

Kilka dni temu odbył się Chrzest Św. mojego malutkiego kuzyna. Niesamowite przeżycie i ogromne doświadczenie. Taka mała istota, bezbronna, kochana, którą chcemy ofiarować i dać jej dobry przykład. Kim będzie? Jakie będzie jego życie? To takie nieziemskie. Niby takie banalne, ale chciałabym być dobrą Matką Chrzestną.

A wczoraj zaczął się Wielki Post. I jak tu dobrze wykorzystać ten czas?

sobota, 18 stycznia 2014

Przecież wiesz

M: Muszę Ci coś powiedzieć
Ja: ?
M: Ja będę czekał.

Schowałam głowę w dół, bo poczułam, że na twarzy maluje mi się lekki uśmiech i onieśmielenie.

M: Ale masz być grzeczna:)

Pamiętam tę chwilę jakby wydarzyła się wczoraj. Był wrzesień 2012 roku. Właśnie kończyły się nasze najdłuższe w życiu wakacje. Byliśmy po maturze, tacy wolni, szczęśliwi, zakochani, prawie z indeksem w ręce. Wszystko wydawało się być już tylko lepsze i lepsze, coraz lepsze.

To właśnie wtedy, po dwóch latach bycia ze sobą i widywania się prawie codziennie miał nastąpić przełom w naszym życiu. Różne studia w dwóch różnych miastach, spotkania średnio raz na miesiąc, zupełnie nowe obowiązki, nowe problemy... Byłam nieco podekscytowana tym wszystkim. Czułam lekki strach i obawę przed nieznanym mi światem. Ale o nas nie myślałam raczej w kategorii obawy czy strachu. W środku byłam jakoś niewytłumaczalnie spokojna... A po tych słowach, które wtedy usłyszałam, tym bardziej.

Te półtora roku, które minęło od tamtego momentu wiele wniosło do naszego życia. Było to wbrew pozorom mnóstwo dobrych rzeczy. Nauczyliśmy się doceniać ten czas, który przemija, zaczęliśmy patrzeć na siebie z większym zrozumieniem i zaufaniem. Nasza relacja stała się bardziej dojrzała. Oczywiście nie zawsze było kolorowo. Pojawiały się trudności, jakieś sprzeczki, nieporozumienia. Dziękowałam wtedy Bogu, za nasze spokojne usposobienia, bo cierpliwość czy opanowanie w takich sytuacjach okazały się niezastąpione.

Czasem zastanawiam się, jak potoczyło by się nasze życie, gdybym wtedy, we wrześniu 2012 roku tak po prostu i po ludzku zwątpiła. Ktoś czuwał nade mną podpowiadając: "Zaufaj mu. Daj się poprowadzić. Ja Wam pomogę, przecież wiesz".

niedziela, 1 grudnia 2013

Adwent

Czuję, że faktycznie zaczyna się coś nowego, coś radosnego. W mojej głowie wiruje lekkie niedowierzanie z upływu czasu, ale i masa planów na przyszłość. Jednym z owych planów na najbliższe kilka tygodni jest dobre przygotowanie się do Świąt Narodzenia Pańskiego, ale takie duchowe, w oczekiwaniu i skupieniu. Chciałabym lepiej zrozumieć pewne rzeczy i spojrzeć na Boże Narodzenia w zupełnie inny sposób. Pierwszym krokiem, który postawię na mojej drodze adwentowej będzie Spowiedź Św. Póki co, trwam, ufam i czekam:)

wtorek, 26 listopada 2013

Podpisałam. Wy też możecie.

Zachęcam Was aby przyłączyć się do akcji promującej życie. Wystarczy minuta, aby zrobić coś wielkiego.

środa, 20 listopada 2013

Ostatnie 2 miesiące pod lupą

Biorąc pod lupę jakieś ostatnie 2 miesiące mojego życia widzę ogromną różnorodność tego co się w tym czasie wydarzyło. Reasumując...

Wróciłam z Chorwacji, gdzie było cudownie i miałam ochotę zostać tam całe życie. Na pewno poświęcę temu osobny post.

Oczywiście mimo cudownego wyjazdu moją głowę zaprzątała nieszczęsna poprawka egzaminu. Bardzo się przejmowałam, tak bardzo, że nie miałam nawet sił na naukę. W końcu nadszedł dzień poprawy i jakieś ponad 200 km w drodze na wydział. Miałam ogromne wyrzuty sumienia względem moich rodziców. Pojechali ze mną, wstali bardzo wcześnie rano, przeze mnie stracili swój czas, pieniądze i nerwy. Nie darowałabym sobie gdyby się nie udało, ale... udało się:) Poczułam niesamowitą ulgę oddając w dziekanacie indeks. 

Kiedy wracałam do domu wydawało mi się, że jeszcze tyyyle czasu odpoczynku, a do nowego roku akademickiego tak daleko... Hm, no i tutaj życie wylało na mnie kubeł zimnej wody, bo spojrzenie w kalendarz uświadomiło mnie, że pozostało mi jakieś 8 dni w zaciszu i spokoju mojej rodzinnej miejscowości. No i znowu zaczęło się. Wewnętrzne dylematy, niepokój i obawa przed tym co będzie. "Dlaczego ja zawsze muszę się tak o wszystko troszczyć, przejmować...?!"- pytałam siebie samą. Modliłam się w duszy o dobrych ludzi wokół mnie, o moje przyszłe współlokatorki, które miałam dopiero poznać, o przyjaźń i aby ten czas studiów był owocnym czasem. Z dzisiejszej perspektywy, kiedy patrzę na dziewczyny, z którymi mieszkam myślę, że jest dobrze:) Każda z nas jest zupełnie inna, każda ma swoje zajęcia i swoje życie, ale poznajemy się, a co najważniejsze rozmawiamy ze sobą i to nam ułatwia. Jest czas na naukę, ale i na oglądanie filmów czy pogaduszki. Stwierdzam, że jest dobrze, choć nie chcę zapeszyć. Podejrzewam, że wiele z Was pamięta jak wyglądała moja sytuacja rok temu i moje relacje z byłymi współlokatorkami. Jeśli pamiętacie, to wiedzcie, że świat obrócił się o 180 stopni.


Kolejna rzecz, o której chcę Wam powiedzieć poniekąd wiąże się z tym, o czym kiedyś też Wam pisałam a mianowicie, o mojej bardzo bliskiej koleżance, która miała ze mną mieszkać w tym roku akademickim i mając już zarezerwowane miejsce ze mną w pokoju, wolała poszukać sobie mieszkania z innymi znajomymi nic mi o tym nie mówiąc. O wszystkim dowiedziałam się z portalu F. Sytuacja była naprawdę trudna i beznadziejna. Moja koleżanka w końcu napisała do mnie, tak jakby nic się nie stało. Sprzeczałyśmy się bardzo długo, bo ja nie potrafiłam ukryć zażenowania i wściekłości jaka we mnie siedziała. Ja miałam ogromny żal, a ona tłumaczyła milczenie brakiem czasu. Ja chciałam wyjaśnień, a ona zakończenia tematu. Ja pytałam dlaczego nie napisała choćby jednego zdania, a ona dlaczego musimy ciągnąć tę rozmowę. Wieczorem rozpłakałam się jak dziecko. Czułam się znowu taka samotna. Od początku tego roku akademickiego spotkałyśmy się dwa razy. Pierwsze spotkanie było dla mnie okropne. Moja koleżanka zachowywała się tak jak kiedyś, jakbyśmy znowu były w liceum i jakby nasza przyjaźń kwitła. Ja nie potrafiłam. Czułam się nieswojo, cała ta sytuacja mnie przytłaczała. Niby rozmawiałyśmy, ale słyszałam w uszach jak bardzo ta rozmowa jest drętwa. Standardowo zaczęła mnie przepraszać i usprawiedliwiać się brakiem czasu, problemami... Rozumiem, ale czy zmieni to fakt, że kiedyś żyłyśmy jak siostry, 24 godziny na dobę, a teraz mieszkamy kilka ulic od siebie próbując udawać przyjaźń? Nie jestem na tyle silna, aby udawać. Drugie spotkanie było inne. Rozmawiałyśmy swobodnie, było miło, ale kiedy zaczynała mówić o swoich przyjaciołach z mieszkania czułam się oszukana, zazdrosna i nieważna. Od razu mój wyraz twarzy zrobił się matowy, nieco przygnębiający. Wieczorem pojawiły się na mej twarzy łzy. "Dlaczego muszę być taka wrażliwa, dlaczego tak bardzo boli mnie to, dlaczego kiedyś byłam twardsza, a teraz mięknę...?!"- pytałam Boga. 

Jak widzicie sporo się wydarzyło. Szczęście pomieszane z żalem i smutkiem, radość na przemian ze złością. Mimo wszystko jestem pełna nadziei. Zaczęłam pisać nowego bloga i czuję siłę, choć ostatnio lenistwo w nauce mnie dołuje, a moja tęsknota za domem prowadzi do łez. Staram się trwać:)

poniedziałek, 18 listopada 2013

Podsumowanie

Można powiedzieć, że pisanie mojego poprzedniego bloga przerosło mnie. Miałam na niego pomysł, ale niestety nie udało mi się go zrealizować. Miałam pomysł i to właśnie on sam mnie ograniczał, bo z czasem zapragnęłam pisania ot tak, zwyczajnie, bez szablonów. Chciałam mieć poczucie, że mój blog jest moim wirtualnym małym światem, do którego będę mogła zawsze powracać, a inni ludzie wysłuchają i po prostu będą. Mimo osobistej porażki, jestem szczęśliwa. W ciągu ostatnich kilku miesięcy poznałam wiele wspaniałych osób i ich życie spisane na kartach swoich blogów. Chciałabym podziękować za Wasze świadectwa, bo dzięki nim nie tracę nadziei w dobrych ludzi:)

niedziela, 17 listopada 2013

Stęskniłam się!

Kochani! Nadszedł czas na zmiany. Przyznam, że nie lubię zmian, ale akurat ta była mi bardzo potrzebna. Nowa nazwa bloga oczywiście nie jest kwestią przypadku, tak samo jak cytat poniżej, którego autorem jest bł. ks. Jerzy Popiełuszko. Ostatni czas był dla mnie czasem inspiracji, odnajdywania, poszukiwania. Wiele osób, rzeczy i zdarzeń stało się dla mnie natchnieniem i wzorem. Dzięki temu podniosłam się i zaczęłam na nowo, czego rezultatem jest mój nowy blog. Jestem pełna nadziei:)