poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Gdzie jest sprawiedliwość?

Wróciłam. 6 dni temu. I zmobilizowanie się do napisania tych kilku zdań właśnie tyle mi zajęło. 6 dni. Prawdę mówiąc nie wiedziałam i nie wiem co Wam napisać. Sam wyjazd był jak zmiana miejsca zamieszkania na dwa tygodnie, więc nie ma za wiele co opowiadać. Oprócz tego, że od kiedy wyjechałam zaczęły się moje problemy zdrowotne. Co tydzień zaczynało się co innego. Tak więc nawet nie chcę myśleć co mnie dopadnie z początkiem tego tygodnia. Jestem już maksymalnie sfrustrowana. Wszyscy wokoło myślą, że sobie coś uroiłam. A mi się już płakać chce na to wszystko. Dlaczego mnie to spotyka? Zawsze dbałam o siebie. Nie piję, nie palę, nie siedzę 24 h przed komputerem, nie nadużywam leków, nie biorę używek i inne cuda. A inni tak nie szanują swojego zdrowia i mimo to żyją bez cierpień i problemów. W mojej rodzinie czy w sąsiedztwie sporo takich przypadków. Gdzie jest sprawiedliwość pytam?


niedziela, 3 sierpnia 2014

Cierpliwość

Wyjeżdżam. Pewnie nie będę miała możliwości by odpisać na maila czy sklecić nową notkę, dlatego ogłaszam "przerwę w dostawie". Mam nadzieję, że szybko wrócę i nadrobię zaległości.

Cierpliwość. Potrzeba mi jej bardziej niż kiedykolwiek przedtem. I to na wszystkich płaszczyznach, w każdym aspekcie mojego życia. Ażeby bardziej kochać ten świat i tych wszystkich ludzi wokoło.

piątek, 1 sierpnia 2014

17:00

Mam nadzieję, że dzisiejszy dzień nieco bardziej zsolidaryzuje nas ze sobą. Nasza ojczyzna potrzebuje tej solidarności, dlatego zachęcam Was, aby o 17:00 zatrzymać się na chwilę...

P.S. Dziś bez zbędnych słów, ażeby NIE ZAPOMNIEĆ BY PAMIĘTAĆ.

wtorek, 29 lipca 2014

Mania ślubowania

Znowu ogarnęły mnie myśli o ślubie. Z jednej strony tak nierealnego i nierzeczywistego, ale z drugiej strony tak bardzo wymarzonego. I nawet nie chodzi o to, że po raz kolejny mam pretensje do świata, że tego ślubu zwyczajnie nie będzie. Przynajmniej w przeciągu najbliższych 4 lat. Marzy mi się, nic więcej.

Suknie ślubne, zaproszenia, kwiaty, obrączki... Przewertowane następne strony, by zaledwie przejrzeć. Nie wiem nawet po co. Ot tak, zapewne. By przez chwilę pomyśleć, pomarzyć sobie. Naiwne to i głupie, ale, która z Was tego nie zna?

A później przychodzi moment kiedy zaczynam pukać się w głowę. Przecież mam takie szczęście obok siebie. Mężczyznę, który stara się jak tylko może. Może nie warto po raz kolejny wkurzać go swoimi gadkami o zaręczynach i ślubie? Może lepiej być cierpliwą. Bardziej cierpliwą. By w końcu dojrzeć do tej decyzji tak na serio.

piątek, 25 lipca 2014

Bagno

Jestem od Niego coraz dalej. Nie mam siły nawet na wieczorną modlitwę. A może chęci? Za to mam ogromne wyrzuty sumienia. Zupełnie nic nie czuję... Wszystko jest ode mnie takie dalekie i obojętne. Nie poznaję siebie. Najgorsze, że to już kolejny raz. I kolejny raz w okresie wakacji. Nie chcę usprawiedliwiać się obowiązkami w domu, pomaganiem mamie czy innymi rzeczami, bo to głupie. Czuję się taka pusta w środku i taka wypalona. Nawet Msza Św. umyka mi niepostrzeżenie. Nie czuję jej. I z jednej strony chciałabym jak najdłużej zostać w domu, ale z drugiej... Kiedy pomyślę o tym wszystkim, mam ochotę wracać. Chcę wrócić do świata gdzie mogę bez powodu wstąpić do Kościoła, gdzie mogę czuć się w nim swobodnie, gdzie mogę iść na "moją Mszę", gdzie nikt nie wytknie mnie palcem, nie będzie zwracał uwagi na ubiór, na moje słabości... A modlitwa? Mam wrażenie, że im bardziej jestem samotna, tym bardziej jest mi bliska. A im więcej rzeczy zaprząta mi głowę, tym bardziej o niej zapominam. Ale to obłudne. Nie chcę tak dłużej. Wiem, że taka nie jestem. Ty wszystko możesz, więc pomóż mi wyjść z tego bagna.

wtorek, 15 lipca 2014

Mogę wszystko

M. ewidentnie wybił mi z głowy marudzenie i zamartwianie się. No w końcu po tylu próbach musiało mu się udać. Tyle wytrwaliśmy, to i tę próbę przejdziemy. Zresztą jest Ktoś, kto nie pozwoli nam zwątpić, poddać się i przestać walczyć o miłość. Mimo wszystko, bo przecież "Miłość wszystko przetrzyma". A ja wierzę w tę miłość, tę która może wszystko.


Mój ukochany. Stara się, widzę to i doceniam. Może nawet niedoskonale, ale doceniam. Wiele się zmienia w naszej relacji. I to nie tylko ze względu na wyjazd. Widzę różnicę w nas samych. Porównuję jak wyglądały nasze randki jeszcze rok temu, a jak teraz. Obserwuję jak się zachowuje, co mówi, podpatruję jego gesty. Nasz związek ewoluował razem z nami. Te kilka tygodni, które minęły były cudownym czasem. M. musiał się mocno postarać, aby tak się stało. Naprawdę, nigdy nie widziałam go tak zaangażowanego w nasze randki:) I czuję, że znów coś kombinuje na następny weekend. Nie mam wątpliwości, że znów będzie cudownie i że wymyśli coś niepowtarzalnego. Coraz bardziej mnie zaskakuje. I chyba dopiero teraz zdaję sobie z tego sprawę. Jak dobrze, że jest...

niedziela, 13 lipca 2014

Trudno tak

Pewne jest, że aż cały miesiąc spędzimy osobno. Nie wyobrażałam sobie tak beznadziejnego scenariusza, naprawdę. Ale skoro tak musi być...


M. oczywiście robi wszystko abym przestała się zamartwiać i zaczęła cieszyć tym co jest. Wiem, że ma rację. Jest w tym wszystkich chyba bardziej dojrzały niż ja. I chwała Bogu za to. W gruncie rzeczy to on powinien być rozczarowany, bo to przecież ja spaprałam sprawę i nasze plany na wakacje. A tak naprawdę to nie ja, ale daję sobie spokój, nie chcę nikogo obwiniać. Musimy dobrze wykorzystać ten czas, który nam pozostał. Musimy. Już nawet zaczęliśmy.

sobota, 5 lipca 2014

Czystość przedmałżeńska

Przez pewien okres czasu na wielu blogach przewinął się temat czystości przedmałżeńskiej, którego ja osobiście nie chciałam podejmować. Jednak ostatnio "coś mnie tknęło". Może komuś to pomoże w walce o czystość, tak jak mnie kiedyś pomagały posty innych i w gruncie rzeczy nadal pomagają.

CHCEMY CZEKAĆ. Rozmawialiśmy o tym już wiele razy i nadal rozmawiamy, mimo "oczywistej oczywistości". Wiemy dlaczego chcemy wytrwać do ślubu i czego oczekujemy od siebie nawzajem w tej kwestii. Kiedy zaczęliśmy być ze sobą myślałam: "Kurde, przecież każdy facet tego chce. Nie ma szans abyśmy wygrali." Myliłam się. I Bogu dziękuję za takiego faceta. Takiego, który jest odpowiedzialny za nas i konsekwentny w tym co robi. Który rozumie i stara się jak najlepiej. Nie traktujemy czystości jako męczarnię czy katorgę, choć wiem, że spora część społeczeństwa tak właśnie czystość postrzega. Dla nas czystość jest po prostu darem, który możemy dać drugiej osobie. Nie ma sensu rozwodzić się nad "za i przeciw" lub "dlaczego warto współżyć przed ślubem bądź nie", bo każdy uważa inaczej wedle własnego sumienia. Dla nas wielką wartość ma przede wszystkim wiara i nie wyobrażamy sobie zjednoczenia bez sakramentu.

No dobra. Było kolorowo, więc czas teraz ściągnąć optymistyczne, różowe okulary. Niby wszystko jest przegadane, niby wiemy czego chcemy, wyznajemy pewne zasady i wartości, ale kiedy stykamy się z rzeczywistością bardzo łatwo o upadek. Jesteśmy ludźmi, którzy upadają i nic na to nie poradzimy. Naszym obowiązkiem jest jedynie walka i jestem dużo bardziej silniejsza w tej walce dzięki Wam. Tak, tak, dzięki Wam:) Pamiętam, że zanim zaczęłam swoją przygodę z blogowaniem moje życie wyglądało zupełnie inaczej. Kiedy po raz kolejny zrobiliśmy krok za daleko, kiedy po raz kolejny w miesiącu klękałam do spowiedzi zdenerwowana i kiedy wydawało mi się, że ten problem nikogo innego nie dotyczy, jednocześnie czułam się jak wrak człowieka. Wielokrotnie zastanawiałam się czy jeśli rzeczywiście dojdzie do ślubu to będzie on miał jakikolwiek sens, skoro tyle razy powtarza się tradycyjny scenariusz: upadek-spowiedź-upadek-spowiedź. Tak samo wiele razy zastanawiałam się co będzie jeżeli rozstaniemy się z jakiegoś powodu i jak będę się czuć wiedząc jak blisko byliśmy ze sobą. Bo to nasz pierwszy związek tak na serio.

I wtedy zaczął się blog i czytanie blogów innych osób. Zobaczyłam zupełnie inne spojrzenie na czystość przedmałżeńską a przede wszystkim bardziej zdrowe podejście do tematu, który do tej pory nazwałabym "fanatyzmem czystości za wszelką cenę z ustalaniem granic co do milimetra". Na szczęście leczę się z tego myślenia. Owszem musimy się starać, walczyć, panować nad sobą, ale ważna jest też świadomość upadku. I tego, że kiedy ten upadek nas dotknie, jest dla nas szansa. Choćbym 50 i 100 razy miała się podnosić, trzeba powracać do Niego, do kratek konfesjonału. No i oczywiście wyleczyłam się w stu procentach z myślenia, że "ten problem tylko nas dotyczy", bo w praktyce dotyczy on chyba każdego związku. Zrozumiałam też, że zjednoczenie z drugą osobą wcale nie jest czymś "ble", a wręcz przeciwnie. Jest tak piękną i wspaniałą rzeczą, że aż prosi się by czekać do ślubu:)

Nie będzie łatwo, wiem o tym. Przed nami jeszcze wiele miesięcy bez ślubowania, także walka będzie ciężka. Ale sporo mam w sobie siły i większa jest moja świadomość. Wiem, że On mnie wspiera i Jego ramiona zawsze są otwarte.

środa, 2 lipca 2014

Rozczarowanie

Tak bardzo cieszyłam się na te wakacje, tyle miałam planów, każdy dzień był od miesięcy wyczekiwany... A teraz okazuje się to wszystko jednym, wielkim nieporozumieniem. Mieliśmy mieć z M. dla siebie prawie 3 miesiące, a okazuje się, że zostanie nam jedynie 2. Jeden miesiąc wyjęty z życia. Dla innych to nic. Dla nas to AŻ miesiąc. W ciągu roku akademickiego widzimy się nieczęsto. Jesteśmy w dwóch różnych miastach zajęci studiami, więc wakacje to dla nas coś naprawdę cennego. Nie potrafię zrozumieć dlaczego oni mi to robią. W głębi duszy łudzę się, że nigdzie nie wyjadę, ale rozum sprowadza mnie na ziemię. Niestety.

wtorek, 1 lipca 2014

Być jak mocne drzewo

Szmat czasu za nami, a ja za każdym razem kiedy mamy się spotkać przerabiam nogami, spoglądam na zegarek, wariuję ze zdenerwowania i cuda wianki. A kiedy wiem, że czeka nas rodzinne spotkanie chociażby w święta, to już koniec. Takie sytuacje zupełnie mnie destabilizują, w porównaniu z moim M., który o dziwo idealnie się w takiej sytuacji odnajduje. No i wtedy czuję się jak taka sierotka Marysia zagubiona przy stole. To wszystko jest takie... dziwne i stresujące. Mój M. wbrew pozorom też się stresuje, czuję to i widzę po nim. I chciałabym chociaż na pocieszenie usłyszeć, że u Was też tak było. I minęło.


Chciałabym być takim mocnym drzewem, które dzięki swoim słabościom nabiera siły. I nawet jeśli czasem za bardzo się wszystkim przejmuję to niech to będzie tym korzeniem który utwierdza.

piątek, 27 czerwca 2014

Już po wszystkim

Sesja ma się świetnie:) Indeks leży sobie spokojnie w dziekanacie, a ja już mam głowę spokojną. I z ocen też wyjątkowo jestem zadowolona. No udała mi się ta sesja, nie powiem:)

A teraz siedzę sobie w domu i staram się łapać wszystkie chwile, żeby żaden dzień nie umknął zbyt szybko. Za moim M. już tak się stęskniłam, że wczoraj ledwo udało mi się zamknąć za nim drzwi kiedy wychodził. Obiecał, że jak tylko zrobi się cieplej to wybierzemy się w Bieszczady, może nawet na cały dzień:) Tak bardzo mi tego brakowało.


niedziela, 22 czerwca 2014

Czwartek

Dziwnie się czułam spędzając po raz pierwszy w życiu Boże Ciało poza domem. Jednak kiedy teraz wspominam ten dzień, to myślę, że był on bardziej głębokim przeżywaniem i radością niż kiedykolwiek wcześniej. Wieczorny Koncert Chwały dał mi sporo pozytywnej energii. Nie ukrywam, że na początku byłam nieco zdystansowana i miałam ochotę wracać, ale później... było niesamowicie. Było tak niesamowicie, że popłakałam się po Adoracji Najświętszego Sakramentu. Tak więc nie mam najmniejszych wątpliwości, że Duch Św. działał pośród nas. Czas minął bardzo szybko, zdecydowanie za szybko. Aż miałam niedosyt wszystkiego. I muzyki, i adoracji i śpiewu. Takie coś trzeba przeżyć samemu. Po prostu:)








wtorek, 17 czerwca 2014

Zaproszenie

Jedyne co mi pozostało to czekać na wyniki z egzaminów. Jestem już tak zmęczona....

A gdyby ktoś z Was był zainteresowany Koncertem Chwały w Boże Ciało to serdecznie zapraszam:) W pogrubionym linku macie adres strony koncertu oraz wszelkie informacje:)

P.S. Idę odpoczywać:)


czwartek, 12 czerwca 2014

Świadek prawdy

"Świadek prawdy." to reporterska biografia ks. Jerzego Popiełuszki, zamęczonego w 1984 roku. Zawiera nie tylko dokładny opis ostatnich chwil jego życia, prześladowań i śmierci, ale też mniej znane szczegóły z dzieciństwa, nowe fakty z pobytu w seminarium i w wojsku, a także z jego zwyczajnej-niezwyczajnej pracy w parafiach, szczególnie na warszawskim Żoliborzu. Opisane są także cuda i łaski ks. Jerzego, których wielu wciąż doznaje przy jego grobie." 

"Świadek prawdy. Życie i śmierć księdza Jerzego Popiełuszki" to pozycja napisana przez Milenę Kindziuk. Znana jest jej wzruszająca książka o matce ks. Jerzego pt. "Matka Świętego", o której kiedyś Wam pisałam. Dopiero niedawno skończyłam czytać "Świadka prawdy", choć na półce leży już kilka miesięcy. Tak więc ze sporym opóźnieniem postanowiłam napisać kilka słów o tej książce.

Jak wiecie, księdza Jerzego "poznałam" całkiem niedawno. Zaczęło się od filmu, kolejnych filmów, artykułów, potem doszły do tego książki, strony internetowe itd. Nie wiem dlaczego akurat ksiądz Popiełuszko. Jego życie, tamta sytuacja w Polsce, historia, ukochana ojczyzna, wielka odwaga, oddanie się służbie i chyba największa wiara, której moglibyśmy się uczyć od naszego błogosławionego. Zresztą o tym już kiedyś wspominałam.



Ta książka jest jak całe życie księdza Jerzego. Od dzieciństwa po śmierć, a nawet jeszcze dalej, bo sięga aż do procesu toruńskiego. Idealnie się złożyło, że najpierw przeczyłam "Matkę Świętego", ponieważ jest ona dobrym wstępem do przeczytania biografii. Można więc powiedzieć, że "Świadek prawdy" to taka bardziej rozszerzona wersja, która już centralnie skupia się na postaci księdza Jerzego. Warto więc na początku sięgnąć po "Matkę..." i zobaczyć życie Popiełuszków "od kuchni", bo wtedy lepiej zrozumieć postawę i świętość ks. Jerzego. 

Dla mnie przeczytanie tej książki było sporym przeżyciem i doświadczeniem. Ta historia weszła we mnie dogłębnie. Uważam, że dobra książka to taka, która po zamknięciu wciąż we mnie żyje, i która coś do mojego życia wnosi. I tak akurat było z tą książką. Wiem, że innych ta postać może zupełnie nie "porywać", ale to chyba nie o porywanie chodzi, a naśladowanie, branie przykładu. Modląc się, rozmawiając z nim nie mam żadnych oporów, czuję się jakbym mówiła do kogoś kogo znam. A to bardzo ważne. Wiem, że mogę liczyć na wstawiennictwo i pomoc.

W planach mam już kolejne książki o księdzu Popiełuszce. Chcę poczytać innych autorów, zobaczyć tę świętość w innym świetle.

P. S. Jak już kiedyś wspomniałam, nie potrafię pisać recenzji, dlatego wybaczcie chaotyczność myśli. 

czwartek, 5 czerwca 2014

Za rok?!

M: Chciałbym za rok zaręczyć się z tobą.
Ja: Co?
M: No tak. Mówię poważnie.
Ja: Za rok?! Dlaczego za rok, i w ogóle czemu mi o tym mówisz?


Temat zaręczyn i narzeczeństwa jest u nas stary jak świat. Zawsze o tym rozmawialiśmy, tak samo jak o wielu innych sprawach. Mój M. podpytywał o różne rzeczy, chciał wiedzieć jak ja to sobie wyobrażam, co o tym myślę, jak ten moment miałby wyglądać, co z rodzicami itd. Nie ukrywam, że często myślałam sobie o tej chwili, już tak bardzo chcąc ją przeżyć i doświadczyć. Zwłaszcza, że jesteśmy ze sobą już od ponad 3 lat i w końcu przydałoby się "wskoczyć" na ten wyższy poziom. Jak każda dziewczyna, po prostu o tym marzyłam... aż do wczoraj.

"Zaręczyć?! Za rok? Ale dlaczego? Czemu tak nagle? O ślubie możemy mówić minimum za 3 lata, już o tym mówiliśmy, sam tak powiedziałeś. A teraz? A rodzice? Mama od razu się zdenerwuje. Pomyśli, że ciąża, jakieś cuda wianki. Babcia na wstępie powie, że skoro zaręczyny to ślub musowo za rok, bo taka tradycja. Kurcze, marzyłam o tym, a teraz boję się tego, to chyba mnie przerasta. Mam dopiero 21 lat, wygląd szesnastolatki a tu nagle taka sytuacja? To chyba nie dla mnie".

Dlaczego tak zareagowałam? Nie wiem. Czy dlatego, że M. powiedział mi o tym tak bezpośrednio? Może nie dojrzałam do tego? Albo dotarło do mnie jak bardzo realne mogą stać się te nasze marzenia? A może wraz z momentem zaręczyn człowiek nie myśli o tym, tylko wie, że jest gotowy i ta dojrzałość sama przychodzi? A może dlatego, że to rzeczywiście za wcześnie? Hmm, a jak za rok okaże się, że faktycznie to dobry czas?

Oczywiście porozmawialiśmy o tym na spokojnie. Wyjaśniliśmy wszystko, tak więc ponownie mogę powiedzieć: "Tak. Marzę o tym". Zaręczyny to poważna sprawa, zdajemy sobie z tego sprawę, to ogromna odpowiedzialność i wielka deklaracja. Dlatego postanowiliśmy nic nie planować. Jeśli mamy być ze sobą to przede wszystkim powinniśmy teraz nad sobą pracować i uczyć się żyć razem. A jeśli przyjdzie taki moment, to jak mój M. powiedział: "Nawet nie będziesz wiedziała kiedy to się stanie":) I niech tak zostanie:) Postanowiliśmy to wszystko Temu Jedynemu zawierzyć. On wie co jest dla nas dobre i w jakim czasie będzie dobre.

P.S. Jest pośród Was wiele narzeczonych i wiele osób żyjących w małżeństwie, które zaręczyny mają za sobą. Jak to było u Was? Podzielcie się wrażeniami. Czy moje obawy to "normalka"?


 A to zdjęcie zawsze przychodzi mi na myśl, kiedy mowa o zaręczynach. I jeśli wydarzy się w moim życia ta piękna chwila zaręczyn, to chciałabym aby takie zdjęcie powstało:)

wtorek, 3 czerwca 2014

Dziękujemy!

Był 28 kwietnia 2014 roku. Nigdy nie zapomnę tego momentu, kiedy weszliśmy na Plac Świętego Piotra, do tej pory widzianego jedynie na ekranie telewizora. Wszystko stało się takie bardzo bliskie, takie niesamowite, niewiarygodne. Pogoda była piękna. Świeciło słońce. Niebieskie, idealne niebo. Nie mogłam wymarzyć sobie lepszego obrazu. To było jedno z tych miejsc, o których mówiłam kiedyś: "Tam to na pewno nigdy nie będę". A w tamtym momencie... Wielkie niedowierzanie. Wszelkie inne emocje zostały stłumione, nawet małe rozczarowania dnia wcześniejszego. Nie ukrywam, że dopiero wtedy zdałam sobie sprawę jak wielka rzecz wydarzyła się na naszych oczach 27 kwietnia. Poczułam ten dar kanonizacji na samej sobie. Widziałam to ogromne przejęcie w oczach innych. Nawet nie chcę myśleć, jak wyglądały moje oczy.

O 10:00 rozpoczęła się Msza dziękczynna za kanonizację Jana Pawła II. Była to taka nasza, wszystkich Polaków, wyjątkowa chwila. Msza św. dla nas i z myślą o nas. Widać było, że ludzie bardzo przeżyli to wszystko. Ta piękna homilia, tyle ważnych słów, te płótna z wizerunkami świętych, które aż na nas patrzyły, uśmiechały się. Te wszystkie białe i czerwone kolory, tyle oklasków i naprawdę szczerych okrzyków: DZIĘKUJEMY!


Po zakończonej Mszy czekaliśmy zniecierpliwieni na całą naszą grupę. Mieliśmy udać się teraz w drugie i chyba najważniejsze dla nas miejsce. Kolejka do Bazyliki Świętego Piotra a jednocześnie do grobów świętych Papieży, wydłużała się. Suma summarum okazało się, że reszta naszej grupy jest już w połowie kolejki, a my nie wiemy co robić. Nie powiedzieli nic nikomu, a my czekaliśmy- naiwni. Na domiar wszystkiego wpuszczanie do kolejki zostało na jakąś godzinę wstrzymane. Na szczęście nie było nas zbyt wiele, więc przewodnik próbował ubłagać strażników przy bocznych bramkach, aby nas wpuścił. Każda próba kończyła się zdaniem: "To nie możliwe". Brał ich już totalnie na litość, ale byli nieugięci, zresztą doskonale ich rozumiem. Musieliśmy w takim wypadku coś "wykombinować". Przewodnik wpadł na pomysł, że rozdzielamy się po kilka osób, wyczuwamy sytuację, wychwytujemy moment nieuwagi strażników i przeskakujemy na drugą stronę. Oczywiście jeśli się na to zgadzamy. No i nie było żadnych sprzeciwów. Byliśmy w stanie zrobić wiele, aby wejść do Bazyliki i zrobić chociażby znak krzyża na sobie przy grobie Ojca Świętego. Niestety sytuacja zaczęła być napięta. Całe grupy zaczęły przeskakiwać, strażnicy coraz baczniej pilnowali, ogólnie- nieciekawie. Kilku osobom się udało. My jednak chodzimy, chodzimy i szanse znikome, że się uda. W każdym prześwicie widać granatowe umundurowanie. To był ten moment, kiedy miałam prawie łzy z oczach. Straciłam całkowicie nadzieję. Już nawet pogodziłam się z tym. Pomyślałam jedynie: "Janie Pawle, jeśli chcesz abym do ciebie przyszła, to niech się tak stanie". W dalszym ciągu chodzimy, szukamy... I wtedy- jest! Nie ma nikogo! Przeskakujemy. Nogi trzęsły mi się niesamowicie. Gdyby nas wtedy zauważył jakiś strażnik to już koniec. Zmarnowana szansa. To było kilka sekund. Już jesteśmy po drugiej stronie. Udało się. Czekaliśmy jeszcze chwilę, aż kolejne osoby zostaną przechwycone. No i takim oto sposobem nasz przewodnik przemycił nas do kolejki.

W Bazylice tempo kolejki przygniotło mnie. Nie było szans aby się zatrzymać, wszyscy poganiali, mówili aby przechodzić dalej. W głębi serca rozumiem to, ale z drugiej strony czułam wielki żal. Nie byłam nawet w stanie dobrze ujrzeć jeszcze świeżego napisu "sanctus" na grobie. Nie mam nawet jednego zdjęcia. Dopiero przy grobie Jana XXIII miałam 1 sekundę. Aż jedną. A później zupełna swoboda, zero poganiania, zero wszystkiego. Ja naprawdę rozumiem, że to był niezwykły czas i, że musiało tak być. Jednak w głębi serca czuję jakiś brakujący element. Może kiedyś uda mi się uklęknąć, pomodlić się tak jakbym tego chciała.


Mimo wszystko jestem bardzo szczęśliwa. Za to, że mogłam tam być, za te wszystkie doświadczenia, za taką łaskę i dar. To wielki bagaż doświadczeń i przeżyć, który noszę na plecach cały czas. Wiele się we mnie zmieniło od tej pielgrzymki. Zastanawiam się czasem, jaka byłaby dla mnie ta pielgrzymka bez tego 28 kwietnia. Wiem, że sporo osób, nawet kilkoro moich znajomych nie miało tej szansy co ja. I nawet w dzień kanonizacji nie weszli na Plac Św. Piotra. Widziałam w ich oczach rozczarowanie i taki niedosyt. Zresztą sami mówili o tym otwarcie, mimo wielkiej radości. Bo przede wszystkim radość, to właśnie ona nas łączyła w tych dniach. Nie ważne w jakim miejscu świata byliśmy. Za to jestem wdzięczna, za każdy dzień, moment, modlitwę, słowo, czyn...

środa, 28 maja 2014

Był 27 kwietnia 2014 roku...

Był 27 kwietnia 2014 roku. Godzina 00:30. Budzik oznajmił, że czas wstawać. Miałam za sobą zaledwie 3 godziny snu, więc pierwszą myślą po przebudzeniu było: "Jak ja wytrzymam to wszystko?".

W Rzymie byliśmy około godziny 3 w nocy. Czekała nas właśnie wyprawa metrem do centrum miasta. Podeszliśmy do schodów prowadzących w podziemia, a tu... mnóstwo ludzi. Byli wszędzie. Pomiędzy nimi wolontariusze w odblaskowych kamizelkach, rozdający pielgrzymom wodę. I powiewające biało czerwone flagi na tle czarnego nieba. Nie było widać nic więcej. Pomyślałam: "No to pewnie postoimy tu trochę. Jeśli już teraz dzieje się coś takiego, to co dopiero będzie na miejscu?! O ile w ogóle tam dotrzemy..." Wbrew pozorom tłum przechodził bardzo sprawnie. Co chwilę wpuszczanych było po kilka grup, tak więc ominął nas totalny chaos i ludzie pchających się na siłę do metra. Nadeszła i nasza kolej. Wszyscy trzymaliśmy się bardzo blisko siebie, aby nie zgubić się już na samym początku. Metro podjechało zupełnie puste. Weszliśmy. I wtedy... ktoś zaczął "Barkę". Nie było słychać nic innego oprócz ukochanej przez Papieża "Barki". Obok nas stały włoskie zakonnice, które zaczęły śpiewać razem z nami swoją "Barkę", po włosku. Całą drogę prześpiewaliśmy. To było tak radosne przeżycie, że miałam nawet łzy z oczach.


Była około 4 nad ranem. Po wyjściu z metra zaczęliśmy kierować się w stronę Placu Św. Piotra. Nasz przewodnik chciał abyśmy spróbowali wejść boczną uliczką, jednak każdy strażnik informował, że dopiero od godziny 5 pielgrzymi zostaną wpuszczeni na Plac. No więc pozostało nam jedynie czekać. Stanęliśmy w jednej z ulic tuż za mnóstwem innych grup. Można powiedzieć, że było w miarę spokojnie i "przyjaźnie". Jednak z każdym kwadransem było coraz gorzej. Podchodziła coraz większa rzesza ludzi. Wszyscy zaczęli tłoczyć się w jednym miejscu. Podchodziliśmy zaledwie krok lub dwa, a tak naprawdę to nie było podchodzenie, a nachodzenie na siebie. Był taki ścisk, że nie dałam już rady zrobić znaku Krzyża na sobie. Ludzie zaczęli mdleć. Zresztą ja sama czułam, że za godzinę to i ja polecę. Na szczęście w porę zdecydowaliśmy, że wycofujemy się. Jak się później okazało i tak nie mielibyśmy szans na wejście na Plac. Sporo grup, które jeszcze wcześniej przed nami wyszły z tłumu, mówiły, że na Plac Św. Piotra weszli ci, którzy koczowali od popołudnia dnia poprzedniego. Poza tym, w tej ulicy co staliśmy nie było nawet telebimu. No więc...:) Wiadomo, że każdy z nas w głębi duszy liczył na wejście, ale zdawaliśmy sobie sprawę, że raczej się to nie uda. Nikt nam tego nie gwarantował, więc najrozsądniejszym rozwiązaniem było zabranie się stamtąd jak najszybciej i pójście w inne miejsce. Finalnie wylądowaliśmy na Placu Navona, który o 6 nad ranem jeszcze świecił pustkami (z porównaniu z tamtą ulicą). Warunki były wręcz komfortowe. Rozłożyliśmy krzesełka, a inni nawet maty, na których chwilę odpoczęli. Miejsca było aż nadto. Z godziny na godzinę przychodziło coraz więcej osób. Około 10 plac był zapełniony po brzegi. No bo o godzinie 10 miał zacząć się najważniejszy moment. Ta wielka chwila, która wszystkich nas sprowadziła do tego miejsca. Plac Navona był miejscem jakby przygotowanych dla Polaków. Transmisja na telebimie była tłumaczona na język polski. No i Polaków na tym placu było najwięcej.


Kiedy Msza kanonizacyjna zakończyła się to nawet nie poczułam, że to "już", że to" już święty". Być może stało się tak ze względu na zmienioną liturgię, a także ze względu na zupełnie inne otoczenie i miejsce. Po powrocie wiele osób mówiło mi, że tak samo jak ja, bardziej przeżyli beatyfikację niż kanonizację. Także uszczuplona liturgia w tym przypadku wiele zabrała. Oczywiście to nie zmienia faktu, że człowiek zupełnie nie przeżywa tego wszystkiego. Sama myśl, że jest się tak blisko, że tyle się dzieje i zmienia... Najpiękniejszy moment, który zapamiętałam to ten kiedy po raz pierwszy pokazano na telebimie obraz świętych Papieży a na całym Placu rozległy się oklaski. I od wtedy za każdym razem kiedy na ekranie pojawiał się Jan Paweł II te oklaski znów powracały. To było bardzo głębokie.

Tyle przygotowań, tyle wszystkiego, i  jedna chwila, która wszystko zmienia. Wszyscy na nią czekali, to ona była punktem kulminacyjnym. A tu nagle już po wszystkim. Pozostała nam tylko wdzięczność, za te wszystkie momenty, za to, że "było tak jak było". I wdzięczność za ten przeogromny dar kanonizacji.

P.S. Relacja z drugiego dnia w Rzymie (już z Mszy dziękczynnej na Placu Św. Piotra) będzie w innym poście, aby nie przytłaczać. Oczywiście staram się jak mogę aby to wszystko wiernie odtworzyć, ale nie da się i nie ma szans się udać. Te przeżycia, to wszystko, zostaje jedynie w sercu.


Już zawsze ta melodia będzie kojarzyć mi się z tym dniem.

poniedziałek, 26 maja 2014

Mama

Jest dla mnie tak ważna... Im jestem starsza, tym bardziej jest mi bliska. Tyle jej zawdzięczam. I jedyne czego bym dla niej chciała, to poczucia, że jest potrzebna i wyjątkowa. Moja mama.


Ostatnie kilka dni spędziłam w domu. Pogoda wakacyjna, spokój i cisza wokoło... a potem perspektywa egzaminów i zaliczeń. To strasznie trudne to przejścia. Wydaje ci się, że nie musisz robić nic, a w rzeczywistości zastanawiasz się jak to wszystko przetrwać. Jeszcze tylko miesiąc.

P.S. Relacja z kanonizacji jest w trakcie produkcji:) Cały czas obiecuję, czas mija, a notki jak nie było, tak nie ma. Jednak wszystko wskazuje na to, że w tym tygodniu zostanie opublikowana:) Oby tak się stało, bo inaczej zwariuję.

poniedziałek, 19 maja 2014

Jeszcze nie teraz

Ostatnio do naszych rozmów powrócił temat "przyszłość" i wszystko to, co z tym tematem związane. A mianowicie studia, praca, zaręczyny, małżeństwo, rodzina... W prawdzie wychylamy się bardzo do przodu w tych naszych przemyśleniach (może nawet za bardzo), ale od czasu do czasu te tematy powracają. W każdym związku rozwałkowuje się te tematy. To normalne. No i jakie wnioski? A takie jak zawsze. Niestety nie nadrobimy niczego. Z jednej strony chcielibyśmy zacząć coś nowego, ale z drugiej strony wiem, że to nie nasz czas. Jeszcze nie teraz:)

P.S. Musicie uzbroić się w cierpliwość z obiecaną relacją. Na studiach zamieszanie, a moje słabości wcale nie ułatwiają sprawy. Jak sprostać? Jak się przemóc? Może to wszystko jest po prostu nic nie warte, bezsensowne?

wtorek, 13 maja 2014

Szczególny znak

Jakiś czas temu ściągnęłam na telefon aplikację z cytatami Jana Pawła II. Jest to chyba nawet inicjatywa Centrum Jana Pawła II. Ale pewności nie mam:) Codziennie, o tej samej porze mogę przeczytać CYTAT DNIA oraz fragment, w którym ten cytat się znajduje. Ponadto aplikacja zawiera czytania na każdy dzień oraz "coś takiego" jak 26 DNI Z JP2.

Sami twórcy aplikacji opisali tę inicjatywę 26 dni w następujący sposób: "(...) otrzymasz możliwość wykonania 5 zadań (przyp. 5 zadań na każdy dzień), inspirowanych codziennymi obowiązkami Jana Pawła II. Będziesz mógł czytać teksty, które fascynowały Ojca Świętego. Zgłębisz wiedzę o Jego życiu i duchowości. Poznasz, co lubił robić i dowiesz się, jakie osoby miały na Niego wpływ. (...)". No i zaczęłam moje 26 dni z Ojcem Świętym. Oczywiście nie wszystkie zadania udaje mi się wykonać. Ale nie to jest istotne. Podjęcie tego wyzwania pokazało mi, że Internet daje ogromne możliwości poznania nauczania Jana Pawła II. Jedyne czego potrzeba to chęci poszukiwania. Takie to proste, a nie do końca potrafimy z tego skorzystać. Ponadto, niektóre zadania, wręcz banalne, dają impuls do tego, aby zacząć swoje życie przeżywać "inaczej". Aby wprowadzić w nie elementy, które sprawią, że dany dzień będzie inny, lepszy, bardziej radosny, głębszy... To co mnie zadziwiło, to chyba to, że te małe, codzienne wyzwania cały czas pamiętam i próbuję kolejnego dnia znów je wykorzystywać.

Jedno z takich zadań brzmiało: "Codziennie o 7:30 Ojciec Święty sprawował Mszę św. Wybierz dodatkowy dzień, poza niedzielą i weź udział we Mszy Św." Pomyślałam wtedy, że najlepszym dniem byłby wtorek rano, jeszcze przed zajęciami. Inne dni odpadały, bo zawsze "coś". Chodziło o dzisiejszy wtorek. I dopiero wczoraj zdałam sobie sprawę, że to wtorek 13 maja. Fatima... -pomyślałam. A druga myśl: dzień zamachu na Ojca Świętego. Biorę to jako szczególny znak. Niby nieświadomy, ale tak jakby zaplanowany. No i byłam dzisiaj. O nic w tej Mszy Św. nie prosiłam. Chciałam tylko podziękować. Nic więcej. Nawet nie wiedziałam, że dzień rozpoczęty Mszą Św. może być taki dobry.



Myślę, że ta aplikacja to dobra rzecz dla kogoś, kto tak jak ja, potrzebuje impulsów. I nie chodzi tylko o 26 dni z JP2, ale o całokształt. O te wszystkie cytaty i fragmenty, do których czasem tak ciężko sięgnąć w książce czy nawet w Internecie.

***

Nie lubię tego uczucia, kiedy wiem, że muszę coś zrobić, a wcale nie mam na to ochoty. Staram się nie panikować, ale co robić kiedy każda moja próba sięgnięcia do notatek kończy się fiaskiem?

P.S. Obiecane kilka słów z pielgrzymki na kanonizację na pewno będzie.

sobota, 10 maja 2014

Święty Jan Paweł II!

Mamy nowego świętego! Jana Pawła II!


Niestety wcześniej nie mogłam podzielić się z Wami tą radosną nowiną, ponieważ zawsze "COŚ". Z Rzymu wróciłam 1 maja. Cała, zdrowa, zadowolona i uduchowiona w 100% Wciąż żyję kanonizacją i tym pięknym, cudownym czasem, który niestety musiał dobiec końca. Nie dam rady opisać tego wszystkiego co przeżyłam, bo pewne rzeczy zostają tylko w sercu. Mimo to postaram się w najbliższym czasie podzielić się wrażeniami i wspomnieniami. Na tyle, ile to będzie możliwe:) Nawet nie wiecie jak ciężko jest przestawić się na "normalny dzień":)

środa, 23 kwietnia 2014

Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu

Wszystko prawie spakowane. Przygotowane jest także serce, ciało i duch.

Pamiętam Jana Pawła II jedynie w kilku obrazach z dzieciństwa, a teraz tak wielkie wydarzenie będzie działo się wprost na moich oczach. Kanonizacja. Ogromny dar dla całego świata. Modlę się aby ta pielgrzymka była dobrym czasem i abyśmy szczęśliwie dojechali oraz wrócili. Będę o Was myśleć z każdego zakątka ziemi, a szczególnie tam, na Placu św. Piotra.

P.S. Nie wierzę, że jadę.

niedziela, 20 kwietnia 2014

„Gdyby Chrystus nie zmartwychwstał, daremna byłaby nasza wiara”

"Zmartwychwstał Pan i żyje dziś, blaskiem jaśnieje noc.
Nie umrę, nie, lecz będę żył, Bóg okazał Swą moc.
Krzyż to jest brama Pana, jeśli chcesz przez nią wejdź.
Zbliżmy się do ołtarza, Bogu oddajmy cześć."


Alleluja!
Chrystus Zmartwychwstał!
Radujcie się i radość nieście. A to nasze świętowanie niech będzie radością wielką:)

niedziela, 13 kwietnia 2014

Właśnie dziś

Moja nieobecność na blogu zaczęła mnie przytłaczać i denerwować. Dlatego, po wielu bojach i trudach- zebrałam się w sobie, aby napisać choć kilka słów. Właśnie dziś. W ten wyjątkowy dzień. Kiedy z pełną świadomością mogę powiedzieć: "Pan jest blisko, czekam na Niego". W moim sercu jest już przygotowane miejsce...


A to wszystko za sprawą wielu wspaniałych rzeczy, które wydarzyły się w czasie Wielkiego Postu, i które dzieją się nadal. I mimo cierpienia i ogromnego doświadczenia, które przeżyłam w ostatnim czasie- ufam jeszcze bardziej. Staram się te wszystkie moje krzyże godnie przyjmować i nie tracić wiary. Może to cierpienie jest elementem Wielkiego Postu, częścią przygotowania do nocy zmartwychwstania lub formą rekolekcji przed kanonizacją? Może to cierpienie po prostu musi mieć miejsce, aby po nim nastała ulga, spokój i radość? Wielkie rzeczy się dzieją!



P.S. Proszę o choćby krótką modlitwę za wstawiennictwem bł. ks. Jerzego Popiełuszki. Tym razem za mnie. O uzdrowienie.